


Tym razem zabrałem swoich gości na wyjazd do Chorwacji. Nazwa „Chorwacja na dwa razy” nie wzięła się znikąd – bo choć część tras powtarzaliśmy, to za każdym razem dawały zupełnie inne wrażenia. Widoki z przeciwnego kierunku, inne światło, inna perspektywa – niby ten sam asfalt, a emocje zupełnie świeże.

Z Polski do Chorwacji pojechaliśmy komfortowym busem, a motocykle zabrałem ze sobą na przyczepie. Droga była raczej mało emocjonująca – klasyczna autostrada – ale najważniejsze, że sprawnie i bezpiecznie dotarliśmy na miejsce. Już wieczorem byliśmy w naszej pierwszej bazie w miejscowości Senj. Ciepły wieczór – ponad 20 stopni – od razu wprawił nas w wakacyjny nastrój. Przyjęcie przez gospodarzy również bardzo miłe.

Pierwszy wieczór był spokojny – bez rozpakowywania motocykli, ale już kolejny dzień zaczął się wspólnym śniadaniem z widokiem na Adriatyk. Tak wyglądały wszystkie poranki – wspólnie, smacznie i w dobrym klimacie. Po śniadaniu zabraliśmy się za rozładunek motocykli i już tego samego dnia ruszyliśmy w pierwszą trasę – ponad 300 km wybrzeżem do Trogiru, gdzie mieściła się nasza druga baza. Zaplanowałem długą trasę na start, żeby od razu każdy poczuł, po co tu przyjechaliśmy – dla jazdy i emocji.



Pogoda dopisała – przez cały wyjazd było powyżej 30 stopni, a nocą nigdy nie spadało poniżej 20. To dodawało jeszcze więcej radości z jazdy – wiedzieliśmy, że nic nas nie zaskoczy. Trasa z Senj do Trogiru to była jazda marzeń – kręte drogi, niesamowite punkty widokowe, góry stykające się z morzem, zatoki. Zjedliśmy obiad nad Adriatykiem, podziwiając widoki, a potem dalej – motocyklem przez miejsca, których nie da się opisać – trzeba je przeżyć. Wieczorem, po ponad 300 km, dotarliśmy do Trogiru – późno, zmęczeni, ale z bananem na twarzy.

Trogir, który znajduje się na liście UNESCO, to miejsce, które koniecznie chciałem pokazać uczestnikom – zanim ruszyliśmy dalej, poszliśmy rano na stare miasto i nacieszyliśmy się jego klimatem. Tego dnia celem była miejscowość Ston, ale nie dotarliśmy tam – piękno chorwackiego wybrzeża zatrzymało nas wcześniej. Zamiast tego zaliczyliśmy wjazd na Górę Świętego Jerzego w Parku Biokovo – punkt kulminacyjny dnia i widok, który zostaje w głowie na długo.
Po powrocie do bazy wieczorem, jak to u nas – szybka kolacja w pobliskiej restauracji, wspólne pogaduchy i sen. Choć miasto tętniło życiem, a knajpy nad brzegiem Adriatyku kusiły imprezową atmosferą, my byliśmy szczęśliwie zmęczeni. Zjedliśmy, wypiliśmy coś chłodnego i wracaliśmy do naszej kwatery.

Po dwóch noclegach w Trogirze wróciliśmy do Senj – tym razem teoretycznie wcześniej, ale wyszło jak zawsze – kolejne widoki, kolejne postoje i… znów ciemno, jak dotarliśmy. Za to przed wyjazdem zdążyliśmy jeszcze odwiedzić starówkę Trogiru – spacer wąskimi uliczkami, stare mury, urokliwe zakamarki.



Z Senj ruszyliśmy jeszcze na północ, w stronę Rijeki – drogą przez góry, praktycznie bez ruchu i zabezpieczeń, ale za to z widokami, które zapierają dech w piersiach. Trasa była trudna, wymagająca, ale nagrodą był niezapomniany krajobraz. Po powrocie niektórzy z nas jeszcze wyskoczyli się wykąpać – bo Adriatyk był tuż obok – a wieczorem spakowaliśmy motocykle i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski.

Wyjazd był kameralny – tylko trzy motocykle i cztery osoby. Idealna ekipa – dogadywaliśmy się znakomicie, każdy miał swój rytm, ale wspólnie tworzyliśmy naprawdę zgraną paczkę.
Anegdota? Oczywiście była! Jednemu z uczestników podczas zjazdu z góry przegrzał się hamulec – tylni zacisk dosłownie zaczął się palić. Akcja ratunkowa na poboczu, trochę stresu, ale finalnie wszystko opanowane i motocykl jechał dalej bez problemu. To tylko pokazuje, że wyjazdy to nie tylko piękne widoki, ale też emocje, niespodzianki i wspólne działanie w każdej sytuacji.

To była prawdziwa motocyklowa przygoda. Chorwacja na dwa razy? Dla mnie – dwa razy więcej emocji i satysfakcji.



